Tag: zdrowie

Pushing boundaries

Jakiś czas temu miałam dłuższą przerwę w bieganiu. W okresie świątecznym, w grudniu, odpuściłam to sobie zupełnie, bo nie miałam siły i czasu na nic. Czułam się, jakby każda moja wolna chwila zajęta była przez pracę.

Ale w końcu poszłam biegać. Pamiętam, że biegało mi się tragicznie. Każdy, kto idzie na jogging, doświadcza tych dni – raz jest lepiej, raz jest gorzej. Raz espresso wypite przed wyjściem sprawia, że z chęcią byś przebiegła cały dystans sprintem jak na skrzydłach. A innym razem jest tak beznadziejnie, że masz ochotę zawrócić po 3 minutach od wyjścia z domu i nawet wiadro kawy nie pomoże. Ale biegniesz dalej. Już wyszłaś z domu, rozgrzałaś się, jesteś fajnie ubrana, a do tego bieganie ma być jeszcze z benefitem dla zdrowia. No więc tak trochę głupio się zawrócić, szczególnie jeśli widział cię przed chwilą sąsiad.

I biegniesz dalej. I słuchasz podcastu, i jest ci niedobrze, i jest ci zimno, ale później to już w sumie gorąco. I jeszcze zaczyna padać deszcz i wiać wiatr, bo najwyraźniej cały świat jest przeciwko tobie i daje ci znać, że masz zawrócić. I ledwo oddychasz, ale wmawiasz sobie – “Tak ma być. Jeśli zdycham, to znaczy, że trening działa.”.

Aż przychodzi moment ostatniej prostej, gdy zostało ci kilka minut do końca treningu, który zazwyczaj robisz. I w sumie to dobrze ci się biegnie. Oddech się uregulował, nogi się przyzwyczaiły do wysiłku, pół godzinki jednak jest wystarczające.

Tak było tamtego dnia. I w momencie, w którym zazwyczaj kończę trening, nastąpił przełom. Gdy miałam już wracać do domu, zmusiłam się do jeszcze jednego okrążenia, do wydłużenia swojej trasy. I wiesz co? Czułam się z tym zajebiście. Ale nie pod względem fizycznym, bo dla moich mięśni kilka minut dłuższego treningu nie miało znaczenia.

Czułam się lepiej z samą sobą. Przesunęłam swoją granicę, którą myślałam, że mam, a którą tak naprawdę tylko sama sobie stawiałam. Podniosłam sobie poprzeczkę, bo chciałam, nikt mnie do tego nie zmusił. W tym momencie stałam się silniejsza psychicznie, bo nie dałam się zwieść negatywnym myślom, lenistwu i braku wiary we własne możliwości.

Potraktowałam to jako metaforę dla wszystkiego, co robię i co mam w planach zrobić. Chcę posuwać się do granic swoich możliwości. Co więcej, chcę przechodzić dalej, poza te granice. Jeśli myślę, że natrafiłam na ścianę, chcę ją przesunąć jakby była z kartongipsu, a nie cegły. Tanie porównanie, ale w tym przypadku działa.

Zmierzam do tego, że praca nad sobą jest aktualnie dla mnie bardzo ważna. Czasem stawiam samej sobie granice, których myślę, że nie potrafię przekroczyć, co jest po prostu bzdurą. Każda z nas może i powinna próbować pokonać własne słabości.

 

Read More
Produktywność

Znalazłamsię ostatnio w jakimś dołku, z którego przez dłuższą chwilę nie mogłam się wydostać. Przeraziło mnie to, ponieważ nie chciało mi się nic. Przychodziłam do domu, nie chciało mi się sprzątać, czytać, pisać, słuchać muzyki, biegać, ćwiczyć, gotować, piec, rozmawiać… Nie chciało mi się nic. Pewnego popołudnia po prostu włączyłam youtube i leciało wszystko, co mogło polecieć. Nawet nie chciało mi się nie których filmów oglądać, a i tak je oglądałam.

Doszłam do wniosku, że przez zbyt dużo obowiązków w pracy i dodatkowych zajęć poza nią jestem przytłoczona i zmęczona, nie potrafię się zorganizować. Strach przed niewyrobieniem się z czymś aż mnie paraliżuje. Następnego dnia dałam sobie plaskacza w twarz i wzięłam się w garść.

 

  1. Lista

Mam w domu za dużo notesów i zeszytów, których nigdy w życiu nie wykorzystam. A gdy widzę w Tigerze lub TK MAXXie jakieś nowe, dokupuję kolejne, wmawiając sobie, że coś w nich zapiszę: “Ten będzie do zapisywania snów, ten będzie do zapisywania pomysłów, ten będzie do zapisywania ulubionych rodzajów kwiatów, które kiedyś spotkałam na swojej drodze, ten będzie do listy pomysłów na rzeczy, z których można zrobić listę” – i inne absurdy.

Ale naprawdę nie ma dla mnie nic lepszego niż lista. Lista za listą, obowiązki się kumulują, mogę je pogrupować, mieć satysfakcję ze skreślania jednego po drugim i patrzenia, jak lista się zmniejsza. Nic mnie tak nie porządkuje, jak dobra lista. Mam listę na wszystko – na obowiązki tygodniowe, na obowiązki dzienne, na menu w danym tygodniu, na marzenia, na cele, na życzenia… Korzystam zarówno z kartki długopisu, jak i z notatek elektronicznych. W szczególności lubię Evernote i  Listonic (na zakupy).

prod-4

  1. Bullet Journal

Wow. Naprawdę. Jak wygooglujecie “bullet journal” w grafice, ukaże Wam się milijon obrazków z pięknymi notatkami, ręcznie pisanymi listami, grafkiami, kaligrafią… Och i ach. Ja nie mam ani zdolności, ani czasu, żeby tak się na moim bullet journalem pochylać, mi wystarczą minimalistyczne wzory. Bullet journal to po prostu kalendarz, który tworzy się samemu, dostosowując go do swoich potrzeb. Wymyślony został przez Rydera Carrolla. I teoretycznie ma pewne zasady, których warto się trzymać, aby planer był przejrzysty i naprawdę ułatwiający życie. Ja większość z nich odrzuciłam, ponieważ nie widziałam w nich sensu. Ale sama idea takiego notesu pozwoliła mi skondensować w jednym miejscu wszystkie notatki, listy, kalendarze, pomysły i myśli, które krążyły mi po głowie. Do tego przygotowywanie co jakiś czas kartek na następne dni jest niezwykle odprężające – jak kolorowanki lub decoupage. W bullet journalu (w skrócie bujo) zapisuję nawet gole, które chcę dla samej siebie osiągnąć, aby się rozwijać – zaznaczam wtedy każdego dnia, co udało mi się zrobić – np. wypić pewną ilość wody, przeczytać książkę przed snem, poćwiczyć itd.

prod-2

  1. Bariera praca-dom

Gdy idę biegać, włączam sobie zagraniczne podcasty, najczęściej o tematyce feministycznej. W jednym z nich usłyszałam zdanie, które dało mi trochę do myślenia. Odnosiło się do tworzenia bariery pomiędzy pracą a domem. Jeśli mam problemy w domu, nie przynoszę ich do pracy i nie myślę o nich w ciągu dnia. Jednak jak wychodzę z pracy, to opowiadam o niej aż do wieczora, przeżywając na nowo stresy, które w niej przechodzę. Moim sposobem na oderwanie się od roboty jest sport. Po przyjściu do domu staram się od razu z wyjść z mieszkania – na spacer, na bieg, na rower, na zakupy. Ruch pozwala się odprężyć, jest przejściem ze stresującego dnia w pracy do powrotu do ogniska domowego. Jeśli jest zimno i pada, staram się poćwiczyć chociaż trochę w domu – nie tylko muszę się rozciągnąć i rozruszać po dniu przed komupterem, ale chcę też się wyżyć i nie myśleć przez chwilę o niczym.

prod-3

  1. Plan dnia

Pisałam o listach, ale plan dnia to co innego. Wieczorem lubię sprawdzić pogodę na następny dzień i wymyśleć (już nawet nie przygotować) strój na jutro. Wieczorem też planuję, co muszę zrobić w domu po powrocie z pracy – co chcę zrobić dla siebie. Nawet jeśli to jest coś tak małego, jak peeling albo manicure. Jeśli nie wpiszę tego w swój plan dnia, najprawdopodobniej tego nie zrobię.

prod_-1

Czasem prokrastynacja jest moją zmorą, dlatego wciąż poszukuję nowych rozwiązań na mobilizację. Jakie są Wasze sposoby na zwiększenie produktywności?

Read More
Pracoholizm

Gdybym mogła, wszystkie przybory do biura kupowałabym w Tigerze. Gdy znajomi widzą tam wielkie spinacze w kształcie butelki musztardy i ketchupu lub notes, który wygląda jak ciasteczko, od razu myślą o mnie (i o tym, że każdemu innemu człowiekowi wydałoby się to nieprzydatne).

Jesien-6

Ale nie o tym chciałam mówić. Urocze produkty, które są w Tigerze, przede wszystkim mają na celu umilić miejsce pracy. Sprawić, by przy biurku pracowało się trochę przyjemniej. Szczególnie, gdy nadgodziny się wydłużają, a ostatnia przerwa od komputera była dawno, dawno temu.

Jestem tego typu pracoholiczką, która potrafi zapomnieć o wyjściu do toalety lub wypiciu szklanki wody (nie mówiąc o zjedzeniu obiadu!), jeśli obowiązki się nawarstwiają. Ani to zdrowe, ani przyjemne. Mam wokół siebie również bliskich, którzy zostają długie nadgodziny w pracy, przez co cierpi ich życie prywatne, a stres niszczy ich umysł i organizm.

Jesien-8

Napięcie związane z moją poprzednią pracą sprawiło, że przerzedziły mi się włosy i chyba już nigdy nie powrócą do swojej formy. Do tego mój żołądek był wiecznie ściśnięty, a serce waliło jak oszalałe. Dopiero po zmianie pracy na spokojniejszą po roku udało mi się jako tako odpocząć i wyciszyć. Co prawda wciąż mam momenty, w których objawy stresu dają o sobie znać, ale są one znacznie rzadsze i staram się z nimi radzić na porządku dziennym.

 

Nie znaczy to, że nie lubię pracować. Wprost przeciwnie – wydaje mi się, że duża ilość obowiązków (nie nawał), pozwalają mi lepiej zarządzać moim czasem, sprawiają, że jestem bardziej produktywna. Chcę tylko powiedzieć, że praca to nie wszystko, chociaż jest bardzo ważna. Że ważny jest ciepły posiłek w ciągu dnia i odpoczynek w tygodniu. Że warto się odstresować, wychodząc po powrocie na półgodzinny spacer, aby odseparować pracę od domu. Że trzeba odłożyć służbowy telefon do posiłku przy stole z bliską osobą.

Read More