Tag: blogerka

Wiosna!

Po zimie mój styl dopiero budzi się do życia wiosną. Zimą jestem prawie jak zahibernowana. Mam zazwyczaj na sobie tyle warstw, że nie sposób wyglądać w tym dobrze. Ale wiosna to co innego. Nagle życie zaczyna nabierać sensu, gdy jest ponad 10 stopni. To mi wystarczy, żeby zrzucić z siebie co najmniej 3 warstwy i ubrać coś, w czym czuję się nie tylko wygodnie, ale i dobrze. Nagle ludzie zaczynają się dziwić, że potrafię wyglądać inaczej niż ciotka klotka zawinięta w szal-koc.

Czuję przesyt inspiracjami modowymi, zalewającymi internet. To, co podoba mi się online, najczęściej przekracza mój budżet. Chciałabym podjąć się stworzenia garderoby kapsułowej, a jednak mimo wszystko znam siebie i wiem, że noszenie w kółko tych samych kilku ciuchów, ale w różnych konfiguracjach, w końcu mnie znudzi. Więc brnę dalej w machinę konsumpcjonizmu i kupuję nowe szmatki z sieciówek.

Staram się od czasu do czasu wynaleźć w sklepach coś, co być może wyzeruje mi konto, ale za to będę mogła pochwalić się lepszą jakością i starczy mi na dłużej – jak kaszmirowy sweter z wyprzedaży w Mango, bardziej miękki niż sierść kota, jedwabna bluzka, którą mama mi później “przez przypadek” wrzuci do pralki czy zamszowe baleriny w szpic, które chciałabym nosić każdego dnia, bo są szare, nieprawdopodobnie wygodne i pasują naprawdę do wszystkiego.

Szykuję się na wiosnę słoneczną, mam zamiar maszerować w sukienkach z koleżankami ciepłymi wieczorami po uliczkach Sopotu i po raz tysięczny zachwycać się architekturą tego miasta. Na spotkaniach biznesowych szpilki dodadzą mi pewności siebie, a marynarka profesjonalizmu, którego u mnie za grosz. W cullotach pojeżdżę na rowerze z Markiem, o ile nogawki nie wkręcą mi się w łańcuch. Pojedziemy do Wrzeszcza na wegańskie ciasto do Fukafe i wypijemy mrożoną kawę. Nie mogę się doczekać!

A Ty, co planujesz włożyć na wiosnę?

Read More
I love makeup!

Makijaż fascynuje mnie, od kiedy byłam mała. Gdy moja mama wychodziła z domu nawet na chwilę, to biegłam do łazienki, żeby koślawo nałożyć na siebie czerwoną szminkę i tony różu. Pamiętam, jak pierwszy raz zrobiłam sobie jako nastolatka smokey eye z czarnego cienia do powiek (nic to, że był z brokatem, który zakleił mi całe oko) i wyglądałam, jakby ktoś mnie pobił. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że cienie trzeba dokładnie rozetrzeć, żeby nie było wyraźnych linii na powiece, a smoky eye wygląda dobrze tylko z pomalowanymi tuszem rzęsami.

Nakładanie makijażu zawsze będzie kojarzyło mi się z moją mamą, która stosowała różne ciekawe triki, żeby lepiej wyglądać (jak np. rozdzielanie sklejonych tuszem rzęs szpilką – zawsze się bałam, że kiedyś źle trafi i wypłynie jej oko. Ale to były czasy, gdy nie było do wyboru mnóstwa szczoteczek do tuszu, więc trzeba było sobie jakoś radzić), a jej kosmetyczka zawierała każdy możliwy kolor cienia do powiek, jaki można było sobie wymarzyć.

Zawsze chciałam mieć jakiś swój – jak to mówią – signature look: kreskę Audrey Hepburn lub czerwone usta Marylin Monroe. Kiedyś myślałam, że trzeba mieć swój konkretny styl w makijażu – ach, jak by to ułatwiło poranne szukanie idealnego odcienia różu lub dobierania koloru cienia do powiek. Nie potrafię co dzień robić tego samego makijażu, ponieważ mnie to zwyczajnie nudzi.

Dla mnie makijaż jest zabawą. Relaksuje mnie. Bawi. Ciekawi. Jest coś terapeutycznego w przeznaczeniu sobie dziennie 10 min na nałożenie makijażu, skupieniu się tylko na sobie, stosowaniu kolistych ruchów, dotykaniu skóry pędzelkiem. Jest też coś mistycznego i symbolicznego w widoku kobiety, nakładającej szminkę na usta.

Makeup jest dla niektórych zbawienny, dla innych kompletnie niepotrzebny. Ja doceniam kosmetyki kolorowe za to, że potrafią zmienić nastrój, pozwalają poczuć się silniej, pewniej siebie. Zawsze śmieszą mnie teksty niektórych mężczyzn, którzy twierdzą, że makijaż to oszustwo. Tak jakby nie wiedzieli, że kobiety nie mają naturalnie niebieskich powiek i brokatowych ust. Makijaż nie jest oszustwem. Podkreśla w twarzy to, co w niej najpiękniejsze.

Read More
Dlaczego nigdy nie kupię like’ów na instagramie?

Praca nad blogiem to dużo roboty. Trzeba być dobrze zorganizowanym i zdeterminowanym oraz poświęcić na to zajęcie bardzo, bardzo dużo czasu, żeby wyszło tak, jak chciałaś.

To, co wchodzi w skład pracy nad blogiem, to temat na zupełnie odrębny cykl postów. Chciałabym się skupić na jednym aspekcie – promocji bloga, a dokładniej nad jedną odnogą promocji, którą jest Instagram.

Dbam o estetykę moich postów, zarówno na blogu, jak i na Instagramie. Profil na Insta prowadzę już długo, ale zajęłam się nim intensywnie dopiero ok. 2 lat temu. W momencie, gdy bardziej zaczęłam się w niego angażować i umieszczać zdjęcia lepszej jakości, bardziej przemyślane, liczba obserwatorów wzrosła błyskawicznie.

Ale w pewnym momencie przestało być tak pięknie. Żeby pozyskać nowych ludzi, trzeba dbać o spójność umieszczanych zdjęć, wrzucać co najmniej jednego posta dziennie i podporządkować się algorytmowi Instagrama. Ach, algorytmy. Każdy, kto podchodzi do Facebooka i Instagrama od strony biznesowej, nienawidzi algorytmu. Zresztą – pozostali użytkownicy również. Każdy z nas chce po prostu widzieć posty w kolejności chronologicznej, tak jak było dawniej. Po zmianie algorytmu widzimy posty sprzed kilku dni, a czasem nawet tygodni. I w takim przypadku, jeśli śledzimy np. jakiegoś bloga, to nie dowiemy się o nowym poście od razu, a wręcz możemy się o nim w ogóle nie dowiedzieć. Dlatego coraz więcej osób promuje nowe zdjęcie na Insta stories. Instagram mnie męczy pod tym względem i pod kilkoma innymi. Ciągłe myślenie nad tym, jak przechytrzyć algorytm, staje się powoli nudne. Można zginąć w ilości umieszczanych zdjęć, można się też w nich zakpoać po uszy.

Sęk w tym, że promocja bloga to kawał roboty, który wymaga dużego nakładu czasu. I część z osób, prowadzących swoje profile, ucieka się do kupowania lajków lub obserwatorów. Ja zazwyczaj rozpoznaję ich po trzech elementach:

  1. Mają 5 zdjęć, prowadzą profil od tygodnia, a od razu mają jakieś trzy tysiące obserwatorów.
  2. Wśród ich obserwatorów uraczymy głównie nazwiska ze wschodu dalekiego i bliskiego, które obserwują wiele osób, ale same nie umieszczają prawie żadnych postów.
  3. Zazwyczaj zdjęcia tych osób są po prostu… mało atrakcyjne.

I chyba ten ostatni punkt kłuje mnie najbardziej. Być może zabrzmi to ostro, ale nie toleruję osób, które bez żadnego nakładu pracy chcą kupić swoją popularność tylko po to, by zaistnieć na 5 min w świecie internetu. Zarabianie na Instagramie nie powinno być głównym źródłem dorobku, ponieważ w ciągu kilku dni może on zniknąć z naszego życia i pozostaniemy wtedy z niczym. Jakie są Twoje umiejętności? Co możesz dać swoim obserwatorom? Czy kupowanie obserwatorów jest naprawdę tego warte? Nigdy nie kupię lajków na Instagramie (i żadnej innej platformie), ponieważ za dużo pracy wkładam w to, co robię. I wierzę, że mi się to opłaci naturalnie, jak to mówią w branży “organicznie”, ewentualnie z wkładem finansowym w reklamę, a nie bezpośrednie kupowanie puli polubień. Jestem osobą, która wychowała się na modelu ciężkiej pracy, która daje efekty. Nie dążę do tego, żeby Instagram był moją pracą, wprost przeciwnie. To medium może być swego rodzaju portfolio, ale nie głównym źródłem dochodu. Naturalny przyrost obserwatorów pomaga w nawiązaniu z nimi więzi, a to dla mnie najważniejsze przy prowadzeniu tego bloga. Aby czytelnicy chcieli na niego wrócić.

A jakie Ty masz odczucia co do Instagrama? Tęsknisz za czasami, kiedy można było przewijać posty chronologicznie?

Read More
Self-care – dlaczego dbanie o siebie jest dobre?

Przypadek zafundował mi ostatnio przymusowy detoks od komórki. Zostawiłam telefon w pracy i pojechałam do domu. Czyli nie mogłam używać telefonu przez okres, w którym zawsze najbardziej intensywnie z niego korzystam. Nie powiem, że byłam jak bez ręki, ale zdecydowanie poczułam syndrom odstawienia. Uświadomiłam sobie, że nie tyle jestem uzależniona od Internetu, co od mojej komórki. Mam w niej wszystko pod ręką – podcasty, Instagrama, messengera, whatsapp (więc i kontakt z rodziną), zdjęcia, notatki… Do większości z tych rzeczy mogę mieć dostęp przez komputer, ale jednak brak możliwości sprawdzenia czegoś od razu – np. przepisu, listy zakupów – niezwykle mnie sfrustrował. Postanowiłam, że co jakiś czas będę więc musiała odstawiać ten narkotyk.

Fascynacja well-being

Kiedy otwieram Instagrama, widzę dziewczyny robiące sobie maseczki na twarz w sobotni wieczór, blogerki, które przygotowują kąpiel i ludzi ćwiczących jogę. Z Facebooka krzyczą do mnie artykuły związane z dbaniem o siebie, zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Nawet portale bezpośrednio niezwiązane z tematem mają przygotowaną dla mnie listę małych rzeczy, które mogę wykonywać codziennie, aby o siebie zadbać.

W naszych czasach dominuje fascynacja tym tematem – self-care, self-love, mindfulness, digital detox, bullet journal, wszystkie książki związane z hygge – wszystko to ma nam pomóc w odprężeniu się i zjednoczeniu z samym sobą, połączeniu ciała i umysłu w jedną machinę.

I chociaż sama stosuję wiele z elementów, które wymieniłam, nie mogę nie zauwazyć ironiii, która jest w tym wszystkim. W dobie internetu w komórce i przeładowania informacjami, staramy się wyciszyć i znaleźć chwilę spokoju dla siebie. Nareszcie coś przeskoczyło nam w głowach! Nie twierdzę, że jest to złe – wprost przeciwnie – mimo że chcemy wciąż być na bieżąco, gdzieś wewnętrznie czujemy tę pierwotną potrzebę spokoju.

Nie dajmy się ogłupić

Problem pojawia się wtedy, gdy w naszym życiu mamy zbyt wielu coachów, a za mało psychologów. To, że rodzi się w nas potrzeba czytania każdego książkowego poradnika dotyczącego spokoju, zmiany swojego życia, radości i zarządzania czasem może oznaczać większe problemy, którymi powinni zająć się specjaliści. Coachowy bełkot typu “Uśmiechaj się do lustra, a na pewno będziesz szczęśliwsza” mogą wyrządzić więcej szkody niż dobrego. Jeśli nie ma dnia, w którym chcesz się uśmiechnąć, być może powinnaś porozmawiać z psychologiem, aby naprawdę o siebie zadbać.

Tak czy inaczej uważam, że warto małymi czynnościami starać się polepszyć swój nastrój każdego dnia. Nawet, jeśli w danym momencie nam go nie poprawi, długoterminowo przyniesie to pozytywne skutki. Z całego miszmaszu porad warto wyciągnąć te, które akurat nam się przydadzą.

 

Dlaczego dbanie o siebie (w rozumieniu self-care) jest dobre

 

  • Pomaga zrozumieć siebie

Zatrzymanie się na 15 min w ciągu dnia i zastanowienie się nad tym, co się dzisiaj wydarzyło, jak zareagowałam na niektóre sytuacje i czy moje zachowanie było zasadne. Pozwala mi to być silniejszą i samoświadomą, być lepszym, dojrzałym człowiekiem, przetworzyć własne emocje. Self-care to dla mnie świadome przeciwstawianie się temu, co ma na mnie negatywny wpływ i przejęciu kontroli nad tym, jak na to zareaguję.

  • Pomaga w dbaniu o innych

Niektórym może wydawać się to egoistyczne, ale jeśli nie zadbam najpierw o siebie, nie będę miała humoru. Nie będę mogła zaoferować siebie moim bliskim z najlepszej strony.

  • Pomaga odpocząć

Małe rzeczy, które robię dla siebie – masaż twarzy, kąpiel, joga – pomagają mi w relaksie fizycznym, a ten z kolei trochę wycisza chaos, który panuje w mojej głowie. Nawet po pół godzinnej sesji jogowej mam twardy sen i lepiej mi się oddycha, co jest benefitem dla całego ciała i samopoczucia.

Co chciałabym wprowadzić w życie?

1. Digital detox

Chcę świadomie i bez przymusu rezygnować co jakiś czas z korzystania z komórki na rzecz spacerów, czytania książek, spotkań ze znajomymi, wyjścia do kina, robienia zdjęć… Czegokolwiek, byle nie siedzieć non stop z nosem w telefonie. Weekend to dobry czas na 48 godzin bez komórki.

2. 30 min. dziennie dla siebie

Może to być cokolwiek – słuchanie muzyki, joga, masaż twarzy… Dla przykładu – śniadanie to mój ulubiony posiłek dnia, a mimo wszystko najczęściej jem je w pośpiechu, nawet nie siadam. Chciałabym poświęcić chociaż 10 min na zjedzenie go w spokoju – 10 min to nie tak dużo (chociaż o poranku liczy się każda minuta!).

3. Wygospodarowanie czasu na czytanie przed snem

Komórka nie może być pierwszą rzeczą, za którą łapię po otwarciu oczu i ostatnią, którą widzę przed snem. Kładąc się spać, tak naprawde nie obchodzi mnie, co się dzieje w życiu jakiegoś celebryty albo dalekich znajomych, tylko co się dzieje w życiu Marka i moim. Wolę więc poczytać przed snem, nastawić budzik i pogadać jeszcze chwilę z Markiem, zanim zasnę.

Read More