Tag: blog

Wiosna!

Po zimie mój styl dopiero budzi się do życia wiosną. Zimą jestem prawie jak zahibernowana. Mam zazwyczaj na sobie tyle warstw, że nie sposób wyglądać w tym dobrze. Ale wiosna to co innego. Nagle życie zaczyna nabierać sensu, gdy jest ponad 10 stopni. To mi wystarczy, żeby zrzucić z siebie co najmniej 3 warstwy i ubrać coś, w czym czuję się nie tylko wygodnie, ale i dobrze. Nagle ludzie zaczynają się dziwić, że potrafię wyglądać inaczej niż ciotka klotka zawinięta w szal-koc.

Czuję przesyt inspiracjami modowymi, zalewającymi internet. To, co podoba mi się online, najczęściej przekracza mój budżet. Chciałabym podjąć się stworzenia garderoby kapsułowej, a jednak mimo wszystko znam siebie i wiem, że noszenie w kółko tych samych kilku ciuchów, ale w różnych konfiguracjach, w końcu mnie znudzi. Więc brnę dalej w machinę konsumpcjonizmu i kupuję nowe szmatki z sieciówek.

Staram się od czasu do czasu wynaleźć w sklepach coś, co być może wyzeruje mi konto, ale za to będę mogła pochwalić się lepszą jakością i starczy mi na dłużej – jak kaszmirowy sweter z wyprzedaży w Mango, bardziej miękki niż sierść kota, jedwabna bluzka, którą mama mi później “przez przypadek” wrzuci do pralki czy zamszowe baleriny w szpic, które chciałabym nosić każdego dnia, bo są szare, nieprawdopodobnie wygodne i pasują naprawdę do wszystkiego.

Szykuję się na wiosnę słoneczną, mam zamiar maszerować w sukienkach z koleżankami ciepłymi wieczorami po uliczkach Sopotu i po raz tysięczny zachwycać się architekturą tego miasta. Na spotkaniach biznesowych szpilki dodadzą mi pewności siebie, a marynarka profesjonalizmu, którego u mnie za grosz. W cullotach pojeżdżę na rowerze z Markiem, o ile nogawki nie wkręcą mi się w łańcuch. Pojedziemy do Wrzeszcza na wegańskie ciasto do Fukafe i wypijemy mrożoną kawę. Nie mogę się doczekać!

A Ty, co planujesz włożyć na wiosnę?

Read More
Pushing boundaries

Jakiś czas temu miałam dłuższą przerwę w bieganiu. W okresie świątecznym, w grudniu, odpuściłam to sobie zupełnie, bo nie miałam siły i czasu na nic. Czułam się, jakby każda moja wolna chwila zajęta była przez pracę.

Ale w końcu poszłam biegać. Pamiętam, że biegało mi się tragicznie. Każdy, kto idzie na jogging, doświadcza tych dni – raz jest lepiej, raz jest gorzej. Raz espresso wypite przed wyjściem sprawia, że z chęcią byś przebiegła cały dystans sprintem jak na skrzydłach. A innym razem jest tak beznadziejnie, że masz ochotę zawrócić po 3 minutach od wyjścia z domu i nawet wiadro kawy nie pomoże. Ale biegniesz dalej. Już wyszłaś z domu, rozgrzałaś się, jesteś fajnie ubrana, a do tego bieganie ma być jeszcze z benefitem dla zdrowia. No więc tak trochę głupio się zawrócić, szczególnie jeśli widział cię przed chwilą sąsiad.

I biegniesz dalej. I słuchasz podcastu, i jest ci niedobrze, i jest ci zimno, ale później to już w sumie gorąco. I jeszcze zaczyna padać deszcz i wiać wiatr, bo najwyraźniej cały świat jest przeciwko tobie i daje ci znać, że masz zawrócić. I ledwo oddychasz, ale wmawiasz sobie – “Tak ma być. Jeśli zdycham, to znaczy, że trening działa.”.

Aż przychodzi moment ostatniej prostej, gdy zostało ci kilka minut do końca treningu, który zazwyczaj robisz. I w sumie to dobrze ci się biegnie. Oddech się uregulował, nogi się przyzwyczaiły do wysiłku, pół godzinki jednak jest wystarczające.

Tak było tamtego dnia. I w momencie, w którym zazwyczaj kończę trening, nastąpił przełom. Gdy miałam już wracać do domu, zmusiłam się do jeszcze jednego okrążenia, do wydłużenia swojej trasy. I wiesz co? Czułam się z tym zajebiście. Ale nie pod względem fizycznym, bo dla moich mięśni kilka minut dłuższego treningu nie miało znaczenia.

Czułam się lepiej z samą sobą. Przesunęłam swoją granicę, którą myślałam, że mam, a którą tak naprawdę tylko sama sobie stawiałam. Podniosłam sobie poprzeczkę, bo chciałam, nikt mnie do tego nie zmusił. W tym momencie stałam się silniejsza psychicznie, bo nie dałam się zwieść negatywnym myślom, lenistwu i braku wiary we własne możliwości.

Potraktowałam to jako metaforę dla wszystkiego, co robię i co mam w planach zrobić. Chcę posuwać się do granic swoich możliwości. Co więcej, chcę przechodzić dalej, poza te granice. Jeśli myślę, że natrafiłam na ścianę, chcę ją przesunąć jakby była z kartongipsu, a nie cegły. Tanie porównanie, ale w tym przypadku działa.

Zmierzam do tego, że praca nad sobą jest aktualnie dla mnie bardzo ważna. Czasem stawiam samej sobie granice, których myślę, że nie potrafię przekroczyć, co jest po prostu bzdurą. Każda z nas może i powinna próbować pokonać własne słabości.

 

Read More
Bądź mądrzejsza niż reklamy

Jakiś czas temu śmignął mi gdzieś przed oczami na FB post Manueli Gretkowskiej o tym, jak jej ginekolog zakazała jej używać płynu do higieny intymnej. Powodem była jego szkodliwość, wbrew temu, co mówią reklamy (cały post TUTAJ). Spodobało mi się szczególnie jedno zdanie z tej wypowiedzi: my, kobiety, jesteśmy zacipkowane reklamami. Dajemy sobie dużo wmówić.

Skonfrontowałam z moim lekarzem tę jakże „kontrowersyjną” wypowiedź. I chociaż on sam nie potwierdził zdania lekarki Gretkowskiej, to zgodził się z nią w jednym: reklamy są głupie i nas ogłupiają, a wiele reklam leków, preparatów i płynów do higieny intymnej jest czystym naciąganiem.

Od zawsze lubiłam reklamy. Ciekawił mnie ich język, forma, analizowałam każdy ich szczegół. Dla mnie wystarczy, że reklama zawiera jeden malutki element, który przyciągnie moją uwagę (jak np. grę słów) i już jestem sprzedana. Nie mam TV, więc reklamy telewizyjne nie mają na mnie zbyt dużego wpływu, tym bardziej, że jestem świadomym konsumentem. Słucham jednak radia, a tam pojawiają się jedne z najgorszego rodzaju reklam – leki i suplementy.

Nienawidzę, gdy reklamy ogłupiają. Żerują na niewiedzy niedoświadczonych ludzi, nieumiejących rozszyfrować ich manipulacji. Boli mnie, gdy słyszę, że efekt uboczny jakiejś tabletki ma być sposobem na schudnięcie, albo że jedyną przyczyną tycia jest (oczywiście tylko u kobiety) nadmiar wody w organizmie. Albo reklamy tamponów, w których młoda dziewczyna przejmuje się tym, czy jej chłopak przypadkiem nie zauważy, że ma okres. Po takich komunikatach cierpią dzieci, cierpią młode dziewczyny, cierpią też dojrzałe kobiety. I nawet nie są tego świadome.

Reklamy wcale nie muszą podtrzymywać stereotypów, być ukierunkowane na wytykanie konsumentom ich wad i dołowanie ich. Nie, nie, nie. Wbrew pozorom reklama może edukować, rozwijać, rozśmieszać i pokazywać świat taki, jakim jest.

Apeluję więc: bądź mądrzejsza niż reklamy! Przefiltruj przez swój mózg wszystko, co słyszysz z głośników, ekranów i papieru. Spójrz na to z innej perspektywy, nie łap wszystkich informacji jak popadnie.

Nie daj sobie wmówić, że Twoje ciało jest złe, bo w reklamach widzisz tylko chude modelki w rozmiarze XS. Każdy człowiek jest inny, a reklamy promują tylko jeden jego typ.

Nie daj sobie wmówić, że skutek uboczny jakiejś tabletki jest dla Ciebie dobry (uboczny, bo znikają boczki – ???). Prawdopodobnie jest bardzo zły dla Twojego zdrowia i wątroby, skoro działa w ten sposób.

Nie daj sobie wmówić, że nie jesteś piękna, bo przekroczyłaś 30-tkę i masz kilka zmarszczek. One są tym, co Cię tworzy!

Nie daj sobie wmówić, że rozstępy po urodzeniu dziecka powinnaś ukrywać. To one są potwierdzeniem tego, ile już przeszłaś w życiu i, że stworzyłaś nowego człowieka!

Spotkałaś się z jakimiś reklamami, które swoim przesłaniem doprowadzają Cię do szału?

Read More
Brave enough – o wolności słowa i street harassment

Odważ się spróbować. Począwszy od mody. Tak jak ja – ta koszulka jest dla niektórych odważna, dla niektórych wyzywająca. Dla mnie jest śmieszna. Jest inna, ciekawa i wzbudza zainteresowanie. Jak gdyby ludzie nie widzieli nigdy dwóch kresek i dwóch kropek. Ale jednak może być trudna do noszenia. Odważyłam się ją kupić i założyć, bo rzadko kiedy zastanawiam się, czy ktoś powie coś negatywnego na temat ciuchów, które noszę. A ja lubię mieć na sobie coś dziwnego, kosmicznego. Wiem, że niewiele osób coś podobnego założy, więc dlaczego by nie? 

A nawet taki mały krok pozwala mi być bardziej pewną siebie, dostrzec cechy, o których nie miałam pojęcia, czuć się lepiej we własnej skórze. Pcham sama siebie, żeby wyjść poza strefę komfortu i nie ubierać się tylko w to, w to czym czuję się bezpiecznie. Moda jest dla mnie wyrazem wielu rzeczy – charakteru, nastroju, temperamentu… Czasem przełamuję zły nastrój kolorowymi ciuchami, dzięki czemu mogę się poczuć lepiej, poprawić sobie humor. Na przekór sobie. I innym.

Ta koszulka rozpoczęła ciekawą rozmowę pomiędzy mną a bliskimi (którym bardzo się podobała!). Oczywiście t-shirt przykuwa wzrok, wywołuje uśmiech lub wręcz głupie uśmieszki. Ktoś powiedział do mnie: “Ale nie możesz być zła i zdziwiona, że ktoś skomentuje albo powie głupi tekst do ciebie”. Trochę się na to oburzyłam i stwierdziłam “Właśnie, że tak! Będę się wkurzać!”. “Ale co z wolnością słowa?” – spytała tamta osoba.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać – no właśnie, co z wolnością słowa? Gdzieś w głębi duszy czułam, że gdyby ktoś skomentował na głos moją koszulkę, byłabym oburzona, urażona, nie uważam, że ktoś miałby do tego prawo.

Rozmowa skłoniła mnie do zrobienia małych poszukiwań w necie – gdzie kończy się wolność słowa, a zaczyna się słowne napastowanie? Wyjaśnię w najprostszy sposób – wolność słowa jest zasadą obowiązującą w prawie, pomiędzy obywatelem a państwem, a nie pomiędzy dwojgiem ludzi. Dodatkowo wolność słowa obowiązuje wtedy, gdy obie strony chcą być zaangażowane w rozmowę. Wielu ludzi lubi więc naciągać definicję wolności słowa, gdy obrażają innych i hejtują w internecie. Mają według nich podpórkę do wylewania własnej żółci i smutku, który w nich siedzi. Człowiek nie ma żadnego prawa do obrażania drugiego człowieka, do komentowania jego ubioru, do wyrażania jakichkolwiek opinii na temat czyjegoś wyglądu, jeśli nie jest o to proszony.

Morał jest taki, że warto poszukiwać prawdy, podpierać się faktami. Szczególnie, gdy podskórnie czujemy, że coś jest nie tak.

Read More