Kategoria: Zdrowie

Comfort food

Porzucenie słodyczy to dla mnie wyzwanie większe niż gdybym miała porzucić picie kawy. A wszyscy tu zgromadzeni wiemy, jaką kawoholiczką jestem (wiemy z TEGO POSTA). Mniej więcej na początku roku przestałam jeść cukry proste w różnych postaciach – kupne słodkości, domowe wypieki, wszystko, co ma białą mąkę… Nie znaczy to, że całkowcie odmawiam sobie tego, co naprawdę lubię, jeśli mam na to wielką ochotę. Moim gulity pleasure jest McFlurry, a jak są upały to nie umiem mu się oprzeć.

Jeden niezdrowy posiłek nie sprawi, że od razu skasujesz swoje wszystkie dotychczasowe sukcesy, tak samo jak jeden zdrowy posiłek nie sprawi, że od razu będziesz zdrowa. To ostatnio moje ulubione powiedzenie. Pracuję ciężko nad tym, aby nie dać się skusić zachciankom hormonalnym lub nie zjeść kostki (no dobra, tabliczki) czekolady na chandrę. Jednak na tydzień przed okresem zamieniam się w odkurzacz i okazuje się, że mój żołądek to czarna dziura, która pochłonie wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Ale to żadne wytłumaczenie. Chcę być coraz silniejsza – głównie psychicznie. Chcę panować nad swoim ciałem i emocjami, a nie zajadać je i nie próbować zmierzyć się z własnym problemem. Oczywiście, tzw. comfort food, czyli jedzenie, które daje mi dużo przyjemności i sprawia, że od razu czuję się błogo i bezpiecznie, zawsze poprawi humor. I nie mam co go sobie odmawiać, jeśli naprawdę czuję taką potrzebę. Ale! Raz na jakiś czas. Nie chcę, żeby to stawało się moją wymówką. I gdy już zjem coś, co jest niezdrowe, nigdy się o to nie katuję. Nie oskarżam się, nie dołuję się – kompletnie się tym nie przejmuję. Bo raz na jakiś czas nie sprawi mi większej różnicy, a da trochę przyjemności.

Wiem, że cukier nie jest dla mnie dobry i łatwo jest się od niego uzależnić. Jest wszędzie, w każdym produkcie, tylko pod różnymi nazwami – syrop glukozowo-fruktozowy, cukier trzcinowy, brązowy, melasa i wiele innych… Gdy raz się zacznie, kubki smakowe szybko się przyzwyczają i chcą tylko więcej, więcej, więcej… Dlatego tak ważne jest czytanie etykiet, o czym albo wciąż jeszcze mało ludzi pamięta/wie, albo są na to zbyt leniwi. Ale w dobie aplikacji komórkowych, które ułatwiają każdy aspekt życia, aż trudno znajdować ciągłe wymówki, żeby kupować niezdrowe produkty. Wśród tych aplikacji są: Zdrowe Zakupy czy e-food. Dzięki nim możemy zeskanować kod kreskowy produktu, bez dokładnego czytania składu i doszukiwania się w internecie, czy na pewno olej palmowy jest szkodliwy, czy nie (dla wyjaśnienia – tak, jest szkodliwy). Nie musimy tego wiedzieć, może zrobić to za nas aplikacja, jeśli sprawia nam trudność doczytanie samemu. Bo i po co mleko kokosowe ma mieć ponad 10 składników, skoro powinno mieć dwa (ekstrakt z kokosa i woda)? Krótki skład powinien być naszym głównym wyznacznikiem przy robieniu zakupów.

Self-care w kuchni

Już od kilku lat gotuję regularnie, chociaż tego nie lubię. Nie sprawia mi to przyjemności, nie odpręża mnie. Ale gotuję, bo muszę. Ponieważ wiem, że w ten sposób zaoszczędzę pieniądze i tak będzie zdrowiej. Zdrowe jedzenie, przygotowane na bazie dużej ilości warzyw, odżywia moje ciało. I gotowanie dla niego jest wyrazem miłości do samej siebie, Wiem, że o siebie dbam, wiem, czego potrzebuję (a nie tylko “chcę”!), słucham mojego organizmu. Jak jestem w kuchni, to nic nie sprawia memu oku większej przyjemności, niż widok blachy pełnej upieczonych warzyw. No, chyba że czysta kuchnia.

Po detoksie od cukru i tłustych serów jedna pizza jest teraz dla mnie męczarnią – już po kilku godzinach od zjedzenia. Jedzenie, które kiedyś jadałam, wciąż mi smakuje, jest nawet czymś wyjątkowym, ponieważ nie jest jedzone za często – pizza, makarony, białe pieczywo, wszelkiego rodzaju słodycze, sery. Ale nie czuję się po nim dobrze – jest mi ciężko, ospale, gorzej mi się śpi, nie mam energii.

Dążę do tego, że jedzenie nie powinno być naszą obsesją. W świecie, w którym promowany jest zdrowy tryb życia, a mimo wszystko półki sklepowe zarzucane są produktami pełnymi chemii, bardzo łatwo jest zwariować. Ale skupianie się na liczeniu kalorii, zawartości cukru i tłuszczu tylko sprawia, że każdy posiłek kojarzyć będzie się nam ze stresem: czy za dużo zjadłam? czy przekroczyłam próg kalorii? czy spożyłam za dużo cukru? I w ten sposób tworzymy sobie w głowach wieczny szum, który pojawia się przy każdej zjedzonej przez nas rzeczy, a nawet w momentach, gdy nie jemy niczego. “Mam ochotę na lody… ale muszę schudnąć… Nie powinnam sobie tak pozwalać”. Karcenie się, negatywne myśli powstają właśnie z obsesji nad jedzeniem i wyglądem. Zamiast myśleć o jedzeniu w kategorii paliwa dla ciała, myślimy o nim jak o wrogu, zakazanym owocu, karze i nagrodzie. Od takich myśli mogą powstawać stany depresyjne, zaburzenia odżywiania, nerwica… Zjedzenie pizzy raz na jakiś czas nie jest końcem świata! Od kiedy zaczęłam stosować balans i zdrowe – nomen omen – podejście do odżywiania, zmniejszyła się ilość dołujących mnie myśli. Od kiedy mam świadomość, co spożywam, czym się karmię, częściej chcę jeść zdrowo i świeżo. Dokładnie obserwuję swoje ciało i unikam tego, co mu szkodzi. Nie znaczy to jednak, że odmawiam sobie wszystkiego, co może być niezdrowe. W końcu jedzenie może być ucztą dla ciała i zmysłów.

Read More
Pushing boundaries

Jakiś czas temu miałam dłuższą przerwę w bieganiu. W okresie świątecznym, w grudniu, odpuściłam to sobie zupełnie, bo nie miałam siły i czasu na nic. Czułam się, jakby każda moja wolna chwila zajęta była przez pracę.

Ale w końcu poszłam biegać. Pamiętam, że biegało mi się tragicznie. Każdy, kto idzie na jogging, doświadcza tych dni – raz jest lepiej, raz jest gorzej. Raz espresso wypite przed wyjściem sprawia, że z chęcią byś przebiegła cały dystans sprintem jak na skrzydłach. A innym razem jest tak beznadziejnie, że masz ochotę zawrócić po 3 minutach od wyjścia z domu i nawet wiadro kawy nie pomoże. Ale biegniesz dalej. Już wyszłaś z domu, rozgrzałaś się, jesteś fajnie ubrana, a do tego bieganie ma być jeszcze z benefitem dla zdrowia. No więc tak trochę głupio się zawrócić, szczególnie jeśli widział cię przed chwilą sąsiad.

I biegniesz dalej. I słuchasz podcastu, i jest ci niedobrze, i jest ci zimno, ale później to już w sumie gorąco. I jeszcze zaczyna padać deszcz i wiać wiatr, bo najwyraźniej cały świat jest przeciwko tobie i daje ci znać, że masz zawrócić. I ledwo oddychasz, ale wmawiasz sobie – “Tak ma być. Jeśli zdycham, to znaczy, że trening działa.”.

Aż przychodzi moment ostatniej prostej, gdy zostało ci kilka minut do końca treningu, który zazwyczaj robisz. I w sumie to dobrze ci się biegnie. Oddech się uregulował, nogi się przyzwyczaiły do wysiłku, pół godzinki jednak jest wystarczające.

Tak było tamtego dnia. I w momencie, w którym zazwyczaj kończę trening, nastąpił przełom. Gdy miałam już wracać do domu, zmusiłam się do jeszcze jednego okrążenia, do wydłużenia swojej trasy. I wiesz co? Czułam się z tym zajebiście. Ale nie pod względem fizycznym, bo dla moich mięśni kilka minut dłuższego treningu nie miało znaczenia.

Czułam się lepiej z samą sobą. Przesunęłam swoją granicę, którą myślałam, że mam, a którą tak naprawdę tylko sama sobie stawiałam. Podniosłam sobie poprzeczkę, bo chciałam, nikt mnie do tego nie zmusił. W tym momencie stałam się silniejsza psychicznie, bo nie dałam się zwieść negatywnym myślom, lenistwu i braku wiary we własne możliwości.

Potraktowałam to jako metaforę dla wszystkiego, co robię i co mam w planach zrobić. Chcę posuwać się do granic swoich możliwości. Co więcej, chcę przechodzić dalej, poza te granice. Jeśli myślę, że natrafiłam na ścianę, chcę ją przesunąć jakby była z kartongipsu, a nie cegły. Tanie porównanie, ale w tym przypadku działa.

Zmierzam do tego, że praca nad sobą jest aktualnie dla mnie bardzo ważna. Czasem stawiam samej sobie granice, których myślę, że nie potrafię przekroczyć, co jest po prostu bzdurą. Każda z nas może i powinna próbować pokonać własne słabości.

 

Read More
Migrena

Rozsadzający głowę ból, większy niż przy monumentalnym kacu, chęć zaszycia się w najciemniejszym miejscu świata i przespania tego, co najgorsze. Brzmi znajomo?

Dopóki ktoś nie doświadczy migreny, będzie zawsze bagatelizował ból migrenowy innych osób – świadomie lub nie. To nie jest zwykły ból głowy, to choroba. Zaczęłam być migrenowcem dopiero kilka lat temu, zupełnie niespodziewanie. Nie musiałam być zdiagnozowana przez lekarza – w mojej rodzinie kobiety miewały migreny, a ta choroba może być przecież dziedziczna. Może minąć, może zniknąć (u kobiet często po ciąży), ale jak na razie lekarze nie znaleźli na to leku. Badania wykazują, że migrena występuje czterokrotnie częściej u kobiet niż u mężczyzn.

Globus, symulanctwo czy choroba?

Nie jest znana przyczyna powstawania bóli migrenowych. Wiadomo jedynie, co się dzieje w mózgu człowieka, gdy ta się rozpoczyna. Problem pojawia się, gdy dochodzi do pobudzenia nerwu trójdzielnego, odpowiedzialnego za unerwienie dużej części twarzy, opon mózgowo-rdzeniowych, a także drobnych naczyń krwionośnych. Gdy ulegają one zwężeniu, a następnie szybkiemu rozszerzeniu, następuje uwolnienie białek, które podrażniają nerw trójdzielny. Jednak to nie zmiany naczyniowe są przyczyną migreny, jak kiedyś sądzono. Jest to tylko efekt napadu bólu. Gdy dochodzi do uwolnienia białek, nerw trójdzielny zalewa mózg dużą ilością bodźców bólowych. Badania wykazały, że odczuwają je również pień mózgu, wzgórze, podwzgórze, nerw potyliczny oraz kora czuciowa. (źródło)

I to mniej więcej tyle, ile wiemy o mechanizmie działania migreny. Nie ma na nią leku, nie jest uleczalna. Ba, nawet nie znamy jej przyczyny.

Moja choroba

To ból jak żaden inny. Mogę go jedynie przyrównać do bólu, który pojawia się, gdy z ciemnego pomieszczenia wychodzę w jasne, np. gdy zimą promienie słońca odbijają się od śniegu. Boli w ten sam sposób, tylka kilkadziesiąt razy mocniej.

Jak na migrenowca mam słabe bóle. Znam ludzi, którzy przy okazji migreny nie mogą funkcjonować przez dzień lub dwa i wymiotują. Moje bóle bywają raz mocniejsze, raz słabsze, czasami mam mdłości. Często ból pojawia się przy pierwszym dniu cyklu, czasem na kilka godzin przed atakiem mam mroczki przed oczami. Ale zawsze wiem, kiedy jest to ból migrenowy, a nie zwykły ból głowy lub ból spowodowany innymi czynnikami. Moje migreny zwykle przechodzą po 1-2 tabletkach.

Przypadek najmocniejszej migreny w moim życiu spodowował, że codziennie noszę przy sobie Ibuprofen. Ból głowy obudził mnie nad ranem. Katorgą było nawet mruganie. Każdy ruch powodował niesamowity ból, który sam w sobie był tak intensywny, że, o ironio, musiałam się ruszać, bo nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Płakałam, nic nie mówiąc, ledwo siedząc. A w domu nie było ani jednej tabletki przeciwbólowej. Na szczęście, gdy Marek usłyszał moje wycie i skomlenie i zobaczył mój stan, pobiegł po tabletki do najbliższego sklepu. Dwie nie wystarczyły. Po takim ataku czuję, jakby mój mózg był cały obolały. Jakby przez kilka ostatnich godzin moją głowę wzięło w ręce dziecko i trząsło nią na prawo i lewo, rzucało o ścianę i odbijało od podłogi jak piłkę.

Jak sobie radzić z migreną?

Sposobów na radzenie sobie z migreną mam kilka, pokazuję je na filmiku poniżej. Nie rozstaję się z wodą i tabletkami przeciwbólowymi – to przede wszystkim. Jeśli mogę, staram się przespać ból lub chociaż pobyć w ciemnym pomieszczeniu, to trochę łagodzi męczarnię. Zauważyłam też, że pomaga mi masowanie głowy, uciskanie najbardziej bolesnych punktów. Słyszałam również, że przy migrenie pomaga joga, są nawet specjalne pozycje, które pomagają ją uśmierzyć (np. TUTAJ), więc gdy największy ból trochę odpuszcza, staram się trochę poćwiczyć.

Migreno, bądź przeklęta!

 

Dodam tylko, że zapisuję sobie, jak często miewam napady migrenowe. Jeśli pojawiałyby się one zbyt często, byłaby to dla mnie podstawa, aby się przebadać. Pamiętajcie, że jeśli bardzo silne bóle pojawiają się często, warto zwrócić się o pomoc do lekarza. Nawet, jeśli miałby stwierdzić, że to “tylko” migrena.

 

 

Read More