Kategoria: Na co dzień

Grinch czy Elf?

Dzisiaj spotkałam przemiłą kasjerkę w TK MAXX. Pod koniec bardzo zapracowanej zmiany, na kilka dni przed Wigilią, gdy w tle leciały świąteczne piosenki (zakładam, że słyszała tę samą składankę wiele razy pod rząd), potrafiła z uśmiechem skomplementować mój świąteczny sweter i przyznać, że sama szukała jakiegoś ładnego, ale nie miała czasu kupić odpowiedniego. Pomyślałam wtedy, że nastawienie do świąt zależy tylko od nas.

Read More
Comfort food

Porzucenie słodyczy to dla mnie wyzwanie większe niż gdybym miała porzucić picie kawy. A wszyscy tu zgromadzeni wiemy, jaką kawoholiczką jestem (wiemy z TEGO POSTA). Mniej więcej na początku roku przestałam jeść cukry proste w różnych postaciach – kupne słodkości, domowe wypieki, wszystko, co ma białą mąkę… Nie znaczy to, że całkowcie odmawiam sobie tego, co naprawdę lubię, jeśli mam na to wielką ochotę. Moim gulity pleasure jest McFlurry, a jak są upały to nie umiem mu się oprzeć.

Jeden niezdrowy posiłek nie sprawi, że od razu skasujesz swoje wszystkie dotychczasowe sukcesy, tak samo jak jeden zdrowy posiłek nie sprawi, że od razu będziesz zdrowa. To ostatnio moje ulubione powiedzenie. Pracuję ciężko nad tym, aby nie dać się skusić zachciankom hormonalnym lub nie zjeść kostki (no dobra, tabliczki) czekolady na chandrę. Jednak na tydzień przed okresem zamieniam się w odkurzacz i okazuje się, że mój żołądek to czarna dziura, która pochłonie wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Ale to żadne wytłumaczenie. Chcę być coraz silniejsza – głównie psychicznie. Chcę panować nad swoim ciałem i emocjami, a nie zajadać je i nie próbować zmierzyć się z własnym problemem. Oczywiście, tzw. comfort food, czyli jedzenie, które daje mi dużo przyjemności i sprawia, że od razu czuję się błogo i bezpiecznie, zawsze poprawi humor. I nie mam co go sobie odmawiać, jeśli naprawdę czuję taką potrzebę. Ale! Raz na jakiś czas. Nie chcę, żeby to stawało się moją wymówką. I gdy już zjem coś, co jest niezdrowe, nigdy się o to nie katuję. Nie oskarżam się, nie dołuję się – kompletnie się tym nie przejmuję. Bo raz na jakiś czas nie sprawi mi większej różnicy, a da trochę przyjemności.

Wiem, że cukier nie jest dla mnie dobry i łatwo jest się od niego uzależnić. Jest wszędzie, w każdym produkcie, tylko pod różnymi nazwami – syrop glukozowo-fruktozowy, cukier trzcinowy, brązowy, melasa i wiele innych… Gdy raz się zacznie, kubki smakowe szybko się przyzwyczają i chcą tylko więcej, więcej, więcej… Dlatego tak ważne jest czytanie etykiet, o czym albo wciąż jeszcze mało ludzi pamięta/wie, albo są na to zbyt leniwi. Ale w dobie aplikacji komórkowych, które ułatwiają każdy aspekt życia, aż trudno znajdować ciągłe wymówki, żeby kupować niezdrowe produkty. Wśród tych aplikacji są: Zdrowe Zakupy czy e-food. Dzięki nim możemy zeskanować kod kreskowy produktu, bez dokładnego czytania składu i doszukiwania się w internecie, czy na pewno olej palmowy jest szkodliwy, czy nie (dla wyjaśnienia – tak, jest szkodliwy). Nie musimy tego wiedzieć, może zrobić to za nas aplikacja, jeśli sprawia nam trudność doczytanie samemu. Bo i po co mleko kokosowe ma mieć ponad 10 składników, skoro powinno mieć dwa (ekstrakt z kokosa i woda)? Krótki skład powinien być naszym głównym wyznacznikiem przy robieniu zakupów.

Self-care w kuchni

Już od kilku lat gotuję regularnie, chociaż tego nie lubię. Nie sprawia mi to przyjemności, nie odpręża mnie. Ale gotuję, bo muszę. Ponieważ wiem, że w ten sposób zaoszczędzę pieniądze i tak będzie zdrowiej. Zdrowe jedzenie, przygotowane na bazie dużej ilości warzyw, odżywia moje ciało. I gotowanie dla niego jest wyrazem miłości do samej siebie, Wiem, że o siebie dbam, wiem, czego potrzebuję (a nie tylko “chcę”!), słucham mojego organizmu. Jak jestem w kuchni, to nic nie sprawia memu oku większej przyjemności, niż widok blachy pełnej upieczonych warzyw. No, chyba że czysta kuchnia.

Po detoksie od cukru i tłustych serów jedna pizza jest teraz dla mnie męczarnią – już po kilku godzinach od zjedzenia. Jedzenie, które kiedyś jadałam, wciąż mi smakuje, jest nawet czymś wyjątkowym, ponieważ nie jest jedzone za często – pizza, makarony, białe pieczywo, wszelkiego rodzaju słodycze, sery. Ale nie czuję się po nim dobrze – jest mi ciężko, ospale, gorzej mi się śpi, nie mam energii.

Dążę do tego, że jedzenie nie powinno być naszą obsesją. W świecie, w którym promowany jest zdrowy tryb życia, a mimo wszystko półki sklepowe zarzucane są produktami pełnymi chemii, bardzo łatwo jest zwariować. Ale skupianie się na liczeniu kalorii, zawartości cukru i tłuszczu tylko sprawia, że każdy posiłek kojarzyć będzie się nam ze stresem: czy za dużo zjadłam? czy przekroczyłam próg kalorii? czy spożyłam za dużo cukru? I w ten sposób tworzymy sobie w głowach wieczny szum, który pojawia się przy każdej zjedzonej przez nas rzeczy, a nawet w momentach, gdy nie jemy niczego. “Mam ochotę na lody… ale muszę schudnąć… Nie powinnam sobie tak pozwalać”. Karcenie się, negatywne myśli powstają właśnie z obsesji nad jedzeniem i wyglądem. Zamiast myśleć o jedzeniu w kategorii paliwa dla ciała, myślimy o nim jak o wrogu, zakazanym owocu, karze i nagrodzie. Od takich myśli mogą powstawać stany depresyjne, zaburzenia odżywiania, nerwica… Zjedzenie pizzy raz na jakiś czas nie jest końcem świata! Od kiedy zaczęłam stosować balans i zdrowe – nomen omen – podejście do odżywiania, zmniejszyła się ilość dołujących mnie myśli. Od kiedy mam świadomość, co spożywam, czym się karmię, częściej chcę jeść zdrowo i świeżo. Dokładnie obserwuję swoje ciało i unikam tego, co mu szkodzi. Nie znaczy to jednak, że odmawiam sobie wszystkiego, co może być niezdrowe. W końcu jedzenie może być ucztą dla ciała i zmysłów.

Read More
Dlaczego nigdy nie kupię like’ów na instagramie?

Praca nad blogiem to dużo roboty. Trzeba być dobrze zorganizowanym i zdeterminowanym oraz poświęcić na to zajęcie bardzo, bardzo dużo czasu, żeby wyszło tak, jak chciałaś.

To, co wchodzi w skład pracy nad blogiem, to temat na zupełnie odrębny cykl postów. Chciałabym się skupić na jednym aspekcie – promocji bloga, a dokładniej nad jedną odnogą promocji, którą jest Instagram.

Dbam o estetykę moich postów, zarówno na blogu, jak i na Instagramie. Profil na Insta prowadzę już długo, ale zajęłam się nim intensywnie dopiero ok. 2 lat temu. W momencie, gdy bardziej zaczęłam się w niego angażować i umieszczać zdjęcia lepszej jakości, bardziej przemyślane, liczba obserwatorów wzrosła błyskawicznie.

Ale w pewnym momencie przestało być tak pięknie. Żeby pozyskać nowych ludzi, trzeba dbać o spójność umieszczanych zdjęć, wrzucać co najmniej jednego posta dziennie i podporządkować się algorytmowi Instagrama. Ach, algorytmy. Każdy, kto podchodzi do Facebooka i Instagrama od strony biznesowej, nienawidzi algorytmu. Zresztą – pozostali użytkownicy również. Każdy z nas chce po prostu widzieć posty w kolejności chronologicznej, tak jak było dawniej. Po zmianie algorytmu widzimy posty sprzed kilku dni, a czasem nawet tygodni. I w takim przypadku, jeśli śledzimy np. jakiegoś bloga, to nie dowiemy się o nowym poście od razu, a wręcz możemy się o nim w ogóle nie dowiedzieć. Dlatego coraz więcej osób promuje nowe zdjęcie na Insta stories. Instagram mnie męczy pod tym względem i pod kilkoma innymi. Ciągłe myślenie nad tym, jak przechytrzyć algorytm, staje się powoli nudne. Można zginąć w ilości umieszczanych zdjęć, można się też w nich zakpoać po uszy.

Sęk w tym, że promocja bloga to kawał roboty, który wymaga dużego nakładu czasu. I część z osób, prowadzących swoje profile, ucieka się do kupowania lajków lub obserwatorów. Ja zazwyczaj rozpoznaję ich po trzech elementach:

  1. Mają 5 zdjęć, prowadzą profil od tygodnia, a od razu mają jakieś trzy tysiące obserwatorów.
  2. Wśród ich obserwatorów uraczymy głównie nazwiska ze wschodu dalekiego i bliskiego, które obserwują wiele osób, ale same nie umieszczają prawie żadnych postów.
  3. Zazwyczaj zdjęcia tych osób są po prostu… mało atrakcyjne.

I chyba ten ostatni punkt kłuje mnie najbardziej. Być może zabrzmi to ostro, ale nie toleruję osób, które bez żadnego nakładu pracy chcą kupić swoją popularność tylko po to, by zaistnieć na 5 min w świecie internetu. Zarabianie na Instagramie nie powinno być głównym źródłem dorobku, ponieważ w ciągu kilku dni może on zniknąć z naszego życia i pozostaniemy wtedy z niczym. Jakie są Twoje umiejętności? Co możesz dać swoim obserwatorom? Czy kupowanie obserwatorów jest naprawdę tego warte? Nigdy nie kupię lajków na Instagramie (i żadnej innej platformie), ponieważ za dużo pracy wkładam w to, co robię. I wierzę, że mi się to opłaci naturalnie, jak to mówią w branży “organicznie”, ewentualnie z wkładem finansowym w reklamę, a nie bezpośrednie kupowanie puli polubień. Jestem osobą, która wychowała się na modelu ciężkiej pracy, która daje efekty. Nie dążę do tego, żeby Instagram był moją pracą, wprost przeciwnie. To medium może być swego rodzaju portfolio, ale nie głównym źródłem dochodu. Naturalny przyrost obserwatorów pomaga w nawiązaniu z nimi więzi, a to dla mnie najważniejsze przy prowadzeniu tego bloga. Aby czytelnicy chcieli na niego wrócić.

A jakie Ty masz odczucia co do Instagrama? Tęsknisz za czasami, kiedy można było przewijać posty chronologicznie?

Read More
Self-care – dlaczego dbanie o siebie jest dobre?

Przypadek zafundował mi ostatnio przymusowy detoks od komórki. Zostawiłam telefon w pracy i pojechałam do domu. Czyli nie mogłam używać telefonu przez okres, w którym zawsze najbardziej intensywnie z niego korzystam. Nie powiem, że byłam jak bez ręki, ale zdecydowanie poczułam syndrom odstawienia. Uświadomiłam sobie, że nie tyle jestem uzależniona od Internetu, co od mojej komórki. Mam w niej wszystko pod ręką – podcasty, Instagrama, messengera, whatsapp (więc i kontakt z rodziną), zdjęcia, notatki… Do większości z tych rzeczy mogę mieć dostęp przez komputer, ale jednak brak możliwości sprawdzenia czegoś od razu – np. przepisu, listy zakupów – niezwykle mnie sfrustrował. Postanowiłam, że co jakiś czas będę więc musiała odstawiać ten narkotyk.

Fascynacja well-being

Kiedy otwieram Instagrama, widzę dziewczyny robiące sobie maseczki na twarz w sobotni wieczór, blogerki, które przygotowują kąpiel i ludzi ćwiczących jogę. Z Facebooka krzyczą do mnie artykuły związane z dbaniem o siebie, zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Nawet portale bezpośrednio niezwiązane z tematem mają przygotowaną dla mnie listę małych rzeczy, które mogę wykonywać codziennie, aby o siebie zadbać.

W naszych czasach dominuje fascynacja tym tematem – self-care, self-love, mindfulness, digital detox, bullet journal, wszystkie książki związane z hygge – wszystko to ma nam pomóc w odprężeniu się i zjednoczeniu z samym sobą, połączeniu ciała i umysłu w jedną machinę.

I chociaż sama stosuję wiele z elementów, które wymieniłam, nie mogę nie zauwazyć ironiii, która jest w tym wszystkim. W dobie internetu w komórce i przeładowania informacjami, staramy się wyciszyć i znaleźć chwilę spokoju dla siebie. Nareszcie coś przeskoczyło nam w głowach! Nie twierdzę, że jest to złe – wprost przeciwnie – mimo że chcemy wciąż być na bieżąco, gdzieś wewnętrznie czujemy tę pierwotną potrzebę spokoju.

Nie dajmy się ogłupić

Problem pojawia się wtedy, gdy w naszym życiu mamy zbyt wielu coachów, a za mało psychologów. To, że rodzi się w nas potrzeba czytania każdego książkowego poradnika dotyczącego spokoju, zmiany swojego życia, radości i zarządzania czasem może oznaczać większe problemy, którymi powinni zająć się specjaliści. Coachowy bełkot typu “Uśmiechaj się do lustra, a na pewno będziesz szczęśliwsza” mogą wyrządzić więcej szkody niż dobrego. Jeśli nie ma dnia, w którym chcesz się uśmiechnąć, być może powinnaś porozmawiać z psychologiem, aby naprawdę o siebie zadbać.

Tak czy inaczej uważam, że warto małymi czynnościami starać się polepszyć swój nastrój każdego dnia. Nawet, jeśli w danym momencie nam go nie poprawi, długoterminowo przyniesie to pozytywne skutki. Z całego miszmaszu porad warto wyciągnąć te, które akurat nam się przydadzą.

 

Dlaczego dbanie o siebie (w rozumieniu self-care) jest dobre

 

  • Pomaga zrozumieć siebie

Zatrzymanie się na 15 min w ciągu dnia i zastanowienie się nad tym, co się dzisiaj wydarzyło, jak zareagowałam na niektóre sytuacje i czy moje zachowanie było zasadne. Pozwala mi to być silniejszą i samoświadomą, być lepszym, dojrzałym człowiekiem, przetworzyć własne emocje. Self-care to dla mnie świadome przeciwstawianie się temu, co ma na mnie negatywny wpływ i przejęciu kontroli nad tym, jak na to zareaguję.

  • Pomaga w dbaniu o innych

Niektórym może wydawać się to egoistyczne, ale jeśli nie zadbam najpierw o siebie, nie będę miała humoru. Nie będę mogła zaoferować siebie moim bliskim z najlepszej strony.

  • Pomaga odpocząć

Małe rzeczy, które robię dla siebie – masaż twarzy, kąpiel, joga – pomagają mi w relaksie fizycznym, a ten z kolei trochę wycisza chaos, który panuje w mojej głowie. Nawet po pół godzinnej sesji jogowej mam twardy sen i lepiej mi się oddycha, co jest benefitem dla całego ciała i samopoczucia.

Co chciałabym wprowadzić w życie?

1. Digital detox

Chcę świadomie i bez przymusu rezygnować co jakiś czas z korzystania z komórki na rzecz spacerów, czytania książek, spotkań ze znajomymi, wyjścia do kina, robienia zdjęć… Czegokolwiek, byle nie siedzieć non stop z nosem w telefonie. Weekend to dobry czas na 48 godzin bez komórki.

2. 30 min. dziennie dla siebie

Może to być cokolwiek – słuchanie muzyki, joga, masaż twarzy… Dla przykładu – śniadanie to mój ulubiony posiłek dnia, a mimo wszystko najczęściej jem je w pośpiechu, nawet nie siadam. Chciałabym poświęcić chociaż 10 min na zjedzenie go w spokoju – 10 min to nie tak dużo (chociaż o poranku liczy się każda minuta!).

3. Wygospodarowanie czasu na czytanie przed snem

Komórka nie może być pierwszą rzeczą, za którą łapię po otwarciu oczu i ostatnią, którą widzę przed snem. Kładąc się spać, tak naprawde nie obchodzi mnie, co się dzieje w życiu jakiegoś celebryty albo dalekich znajomych, tylko co się dzieje w życiu Marka i moim. Wolę więc poczytać przed snem, nastawić budzik i pogadać jeszcze chwilę z Markiem, zanim zasnę.

Read More