Kategoria: Moda i uroda

The Ordinary: recenzja

Kosmetyki The Ordinary (producent: Deciem) podbiły Internet w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a może nawet roku. Firma reklamuje się jako producent kosmetyków o prostym składzie, z naciskiem na niską cenę.

To stwierdzenie od razu przyciągnęło moją uwagę. Mimo że kosmetyki dostępne są w jednym sklepie internetowym w Polsce, wolałam zamówić z oryginalnej strony Deciem. Muszę przyznać, że się nie zawiodłam tą decyzją, bo na przesyłkę z Wielkiej Brytanii czekałam dokładnie 6 dni, więc poszło im to bardzo sprawnie. Nie wiedziałam, co zamówić, bo wybór był ogromny, zdecydowałam się w końcu na cztery produkty z bardzo szerokiej oferty The Ordinary:

Od razu zaznaczę, że mam cerę mieszaną w stronę tłustej, jak się ostatnio okazało – dosyć wrażliwą (o tym opowiem kiedyś w innym wpisie). Zależało mi na wyrównaniu kolorytu i przy okazji szukałam również dobrego, ale taniego, kremu do twarzy. Kosmetyki stosuję ponad miesiąc, a oto moje pierwsze wrażenia i krótka recenzja:

WIT. C

Magiczny kosmetyk, który ponoć jest lekiem na wszystko – na przebarwienia i wypryski, pomaga rozjaśnić skórę twarzy. Według producenta ma również opóźniać procesy starzenia, co akurat nie jest problemem, z którym się stykam.

I wszystko się zgadza. Serum w konsystencji jest lekkie, a do tego kompletnie bezzapachowe. Moja skóra już po miesiącu powoli się rozjaśnia (producent wyjaśnia, że ten kosmetyk nie przynosi natychmiastowych skutków i jest delikatny w działaniu, ponieważ jest na bazie wody), przebarwienia po wcześniejszych wypryskach znikają szybciej. Z pewnością bym poleciła ten kosmetyk jako serum.

KWAS MIGDAŁOWY

To jedyny z zamówionych przeze mnie produktów, na którym się zawiodłam. Według opisu ma delikatnie złuszczać skórę – nawet tę najbardziej wrażliwą. W moim przypadku jednak skóra reagowała wypryskami – i to w niespodziewanych dla mnie miejscach. Pojedyncze, czerwone krostki pojawiały się ni stąd, ni zowąd (ale zawsze po nocy, a wtedy używałam kwasu), to na policzku, to na czole, to na brodzie. Dałam mu miesiąc, bo nie chciałam się zniechęcać, ale w końcu zaprzestałam używania.

KREM DO TWARZY NA DZIEŃ

Deciem obiecuje, że ten krem ma w sobie 11 aminokwasów, trójglicerydy, kwas hialuronowy i wiele innych składników, które występują naturalnie w skórze. Ma za zadanie nawilżyć twarz bez pozostawienia tłustego uczucia na skórze.

I tak właśnie się dzieje. Bardzo wydajny, lekki krem, który nie pachnie (znów!) i pozostawia skórę zmatowioną i nawilżoną przez cały dzień. Makijaż trzyma się na nim całkiem dobrze.

PODKŁAD DO TWARZY

The Ordinary ma dwa typy podkładów – dla cery tłustej (coverage) i suchej (serum). Oferują również szeroką gamę odcieni. Z kilkunastu kolorów być może trudno jest wybrać, ja jednak nie miałam problemu (zazwyczaj wybieram najjaśniejszy możliwy odcień każdej marki, bo jestem tak blada) i dopasowałam się idealnie, trzeba znać tylko swoje pigmenty w skórze. Ja na przykład wiem, że mam sporo różowego pigmentu i chłodne odcienie w mojej tonacji. Dlatego wybrałam 1.0 P (Pink). Wciąż mam trochę mieszane odczucia co do tego fluidu. Z jednej strony świetnie się rozsmarowuje i pięknie wyrównuje koloryt, nie zatykając porów, z drugiej strony mam wrażenie, że trochę się wałkuje i utlenia po kilku godzinach. Nie jest mocno kryjący, co akurat mi odpowiada.

PODSUMOWANIE:

Wszystkie kosmetyki, które wypróbowałam, są bardzo wydajne. Przy serum wystarczy kropla na całą twarz, a po miesiącu zużyłam ¼ opakowania kremu. Plusem jest też ich bezzapachowość/bardzo delikatny zapach (akurat tych czterech – czytałam, że inne pachną specyficznie, ze względu na brak dodanych aromatów i zawartość tylko aktywnych składników). Inną kwestią – dla mnie bardzo ważną – jest również cena. Jak na jakość tych produktów, mimo że czasami nietrafionych (akurat dla mnie i mojej cery), warto spróbować. Ja na pewno będę zamówię jeszcze inne ich produkty. Zagłębię się bardziej w przewodniki, które mają na stronie – można tam nawet znaleźć przykładowe “menu” w zależności od problemów skóry.

Czy chcesz, żebym przetestowała również nowe kosmetyki z Deciem lub innej marki?

Read More
I love makeup!

Makijaż fascynuje mnie, od kiedy byłam mała. Gdy moja mama wychodziła z domu nawet na chwilę, to biegłam do łazienki, żeby koślawo nałożyć na siebie czerwoną szminkę i tony różu. Pamiętam, jak pierwszy raz zrobiłam sobie jako nastolatka smokey eye z czarnego cienia do powiek (nic to, że był z brokatem, który zakleił mi całe oko) i wyglądałam, jakby ktoś mnie pobił. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że cienie trzeba dokładnie rozetrzeć, żeby nie było wyraźnych linii na powiece, a smoky eye wygląda dobrze tylko z pomalowanymi tuszem rzęsami.

Nakładanie makijażu zawsze będzie kojarzyło mi się z moją mamą, która stosowała różne ciekawe triki, żeby lepiej wyglądać (jak np. rozdzielanie sklejonych tuszem rzęs szpilką – zawsze się bałam, że kiedyś źle trafi i wypłynie jej oko. Ale to były czasy, gdy nie było do wyboru mnóstwa szczoteczek do tuszu, więc trzeba było sobie jakoś radzić), a jej kosmetyczka zawierała każdy możliwy kolor cienia do powiek, jaki można było sobie wymarzyć.

Zawsze chciałam mieć jakiś swój – jak to mówią – signature look: kreskę Audrey Hepburn lub czerwone usta Marylin Monroe. Kiedyś myślałam, że trzeba mieć swój konkretny styl w makijażu – ach, jak by to ułatwiło poranne szukanie idealnego odcienia różu lub dobierania koloru cienia do powiek. Nie potrafię co dzień robić tego samego makijażu, ponieważ mnie to zwyczajnie nudzi.

Dla mnie makijaż jest zabawą. Relaksuje mnie. Bawi. Ciekawi. Jest coś terapeutycznego w przeznaczeniu sobie dziennie 10 min na nałożenie makijażu, skupieniu się tylko na sobie, stosowaniu kolistych ruchów, dotykaniu skóry pędzelkiem. Jest też coś mistycznego i symbolicznego w widoku kobiety, nakładającej szminkę na usta.

Makeup jest dla niektórych zbawienny, dla innych kompletnie niepotrzebny. Ja doceniam kosmetyki kolorowe za to, że potrafią zmienić nastrój, pozwalają poczuć się silniej, pewniej siebie. Zawsze śmieszą mnie teksty niektórych mężczyzn, którzy twierdzą, że makijaż to oszustwo. Tak jakby nie wiedzieli, że kobiety nie mają naturalnie niebieskich powiek i brokatowych ust. Makijaż nie jest oszustwem. Podkreśla w twarzy to, co w niej najpiękniejsze.

Read More
Self-care – dlaczego dbanie o siebie jest dobre?

Przypadek zafundował mi ostatnio przymusowy detoks od komórki. Zostawiłam telefon w pracy i pojechałam do domu. Czyli nie mogłam używać telefonu przez okres, w którym zawsze najbardziej intensywnie z niego korzystam. Nie powiem, że byłam jak bez ręki, ale zdecydowanie poczułam syndrom odstawienia. Uświadomiłam sobie, że nie tyle jestem uzależniona od Internetu, co od mojej komórki. Mam w niej wszystko pod ręką – podcasty, Instagrama, messengera, whatsapp (więc i kontakt z rodziną), zdjęcia, notatki… Do większości z tych rzeczy mogę mieć dostęp przez komputer, ale jednak brak możliwości sprawdzenia czegoś od razu – np. przepisu, listy zakupów – niezwykle mnie sfrustrował. Postanowiłam, że co jakiś czas będę więc musiała odstawiać ten narkotyk.

Fascynacja well-being

Kiedy otwieram Instagrama, widzę dziewczyny robiące sobie maseczki na twarz w sobotni wieczór, blogerki, które przygotowują kąpiel i ludzi ćwiczących jogę. Z Facebooka krzyczą do mnie artykuły związane z dbaniem o siebie, zarówno od zewnątrz, jak i od wewnątrz. Nawet portale bezpośrednio niezwiązane z tematem mają przygotowaną dla mnie listę małych rzeczy, które mogę wykonywać codziennie, aby o siebie zadbać.

W naszych czasach dominuje fascynacja tym tematem – self-care, self-love, mindfulness, digital detox, bullet journal, wszystkie książki związane z hygge – wszystko to ma nam pomóc w odprężeniu się i zjednoczeniu z samym sobą, połączeniu ciała i umysłu w jedną machinę.

I chociaż sama stosuję wiele z elementów, które wymieniłam, nie mogę nie zauwazyć ironiii, która jest w tym wszystkim. W dobie internetu w komórce i przeładowania informacjami, staramy się wyciszyć i znaleźć chwilę spokoju dla siebie. Nareszcie coś przeskoczyło nam w głowach! Nie twierdzę, że jest to złe – wprost przeciwnie – mimo że chcemy wciąż być na bieżąco, gdzieś wewnętrznie czujemy tę pierwotną potrzebę spokoju.

Nie dajmy się ogłupić

Problem pojawia się wtedy, gdy w naszym życiu mamy zbyt wielu coachów, a za mało psychologów. To, że rodzi się w nas potrzeba czytania każdego książkowego poradnika dotyczącego spokoju, zmiany swojego życia, radości i zarządzania czasem może oznaczać większe problemy, którymi powinni zająć się specjaliści. Coachowy bełkot typu “Uśmiechaj się do lustra, a na pewno będziesz szczęśliwsza” mogą wyrządzić więcej szkody niż dobrego. Jeśli nie ma dnia, w którym chcesz się uśmiechnąć, być może powinnaś porozmawiać z psychologiem, aby naprawdę o siebie zadbać.

Tak czy inaczej uważam, że warto małymi czynnościami starać się polepszyć swój nastrój każdego dnia. Nawet, jeśli w danym momencie nam go nie poprawi, długoterminowo przyniesie to pozytywne skutki. Z całego miszmaszu porad warto wyciągnąć te, które akurat nam się przydadzą.

 

Dlaczego dbanie o siebie (w rozumieniu self-care) jest dobre

 

  • Pomaga zrozumieć siebie

Zatrzymanie się na 15 min w ciągu dnia i zastanowienie się nad tym, co się dzisiaj wydarzyło, jak zareagowałam na niektóre sytuacje i czy moje zachowanie było zasadne. Pozwala mi to być silniejszą i samoświadomą, być lepszym, dojrzałym człowiekiem, przetworzyć własne emocje. Self-care to dla mnie świadome przeciwstawianie się temu, co ma na mnie negatywny wpływ i przejęciu kontroli nad tym, jak na to zareaguję.

  • Pomaga w dbaniu o innych

Niektórym może wydawać się to egoistyczne, ale jeśli nie zadbam najpierw o siebie, nie będę miała humoru. Nie będę mogła zaoferować siebie moim bliskim z najlepszej strony.

  • Pomaga odpocząć

Małe rzeczy, które robię dla siebie – masaż twarzy, kąpiel, joga – pomagają mi w relaksie fizycznym, a ten z kolei trochę wycisza chaos, który panuje w mojej głowie. Nawet po pół godzinnej sesji jogowej mam twardy sen i lepiej mi się oddycha, co jest benefitem dla całego ciała i samopoczucia.

Co chciałabym wprowadzić w życie?

1. Digital detox

Chcę świadomie i bez przymusu rezygnować co jakiś czas z korzystania z komórki na rzecz spacerów, czytania książek, spotkań ze znajomymi, wyjścia do kina, robienia zdjęć… Czegokolwiek, byle nie siedzieć non stop z nosem w telefonie. Weekend to dobry czas na 48 godzin bez komórki.

2. 30 min. dziennie dla siebie

Może to być cokolwiek – słuchanie muzyki, joga, masaż twarzy… Dla przykładu – śniadanie to mój ulubiony posiłek dnia, a mimo wszystko najczęściej jem je w pośpiechu, nawet nie siadam. Chciałabym poświęcić chociaż 10 min na zjedzenie go w spokoju – 10 min to nie tak dużo (chociaż o poranku liczy się każda minuta!).

3. Wygospodarowanie czasu na czytanie przed snem

Komórka nie może być pierwszą rzeczą, za którą łapię po otwarciu oczu i ostatnią, którą widzę przed snem. Kładąc się spać, tak naprawde nie obchodzi mnie, co się dzieje w życiu jakiegoś celebryty albo dalekich znajomych, tylko co się dzieje w życiu Marka i moim. Wolę więc poczytać przed snem, nastawić budzik i pogadać jeszcze chwilę z Markiem, zanim zasnę.

Read More
Brave enough – o wolności słowa i street harassment

Odważ się spróbować. Począwszy od mody. Tak jak ja – ta koszulka jest dla niektórych odważna, dla niektórych wyzywająca. Dla mnie jest śmieszna. Jest inna, ciekawa i wzbudza zainteresowanie. Jak gdyby ludzie nie widzieli nigdy dwóch kresek i dwóch kropek. Ale jednak może być trudna do noszenia. Odważyłam się ją kupić i założyć, bo rzadko kiedy zastanawiam się, czy ktoś powie coś negatywnego na temat ciuchów, które noszę. A ja lubię mieć na sobie coś dziwnego, kosmicznego. Wiem, że niewiele osób coś podobnego założy, więc dlaczego by nie? 

A nawet taki mały krok pozwala mi być bardziej pewną siebie, dostrzec cechy, o których nie miałam pojęcia, czuć się lepiej we własnej skórze. Pcham sama siebie, żeby wyjść poza strefę komfortu i nie ubierać się tylko w to, w to czym czuję się bezpiecznie. Moda jest dla mnie wyrazem wielu rzeczy – charakteru, nastroju, temperamentu… Czasem przełamuję zły nastrój kolorowymi ciuchami, dzięki czemu mogę się poczuć lepiej, poprawić sobie humor. Na przekór sobie. I innym.

Ta koszulka rozpoczęła ciekawą rozmowę pomiędzy mną a bliskimi (którym bardzo się podobała!). Oczywiście t-shirt przykuwa wzrok, wywołuje uśmiech lub wręcz głupie uśmieszki. Ktoś powiedział do mnie: “Ale nie możesz być zła i zdziwiona, że ktoś skomentuje albo powie głupi tekst do ciebie”. Trochę się na to oburzyłam i stwierdziłam “Właśnie, że tak! Będę się wkurzać!”. “Ale co z wolnością słowa?” – spytała tamta osoba.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać – no właśnie, co z wolnością słowa? Gdzieś w głębi duszy czułam, że gdyby ktoś skomentował na głos moją koszulkę, byłabym oburzona, urażona, nie uważam, że ktoś miałby do tego prawo.

Rozmowa skłoniła mnie do zrobienia małych poszukiwań w necie – gdzie kończy się wolność słowa, a zaczyna się słowne napastowanie? Wyjaśnię w najprostszy sposób – wolność słowa jest zasadą obowiązującą w prawie, pomiędzy obywatelem a państwem, a nie pomiędzy dwojgiem ludzi. Dodatkowo wolność słowa obowiązuje wtedy, gdy obie strony chcą być zaangażowane w rozmowę. Wielu ludzi lubi więc naciągać definicję wolności słowa, gdy obrażają innych i hejtują w internecie. Mają według nich podpórkę do wylewania własnej żółci i smutku, który w nich siedzi. Człowiek nie ma żadnego prawa do obrażania drugiego człowieka, do komentowania jego ubioru, do wyrażania jakichkolwiek opinii na temat czyjegoś wyglądu, jeśli nie jest o to proszony.

Morał jest taki, że warto poszukiwać prawdy, podpierać się faktami. Szczególnie, gdy podskórnie czujemy, że coś jest nie tak.

Read More