Comfort food

AE6A8149

Porzucenie słodyczy to dla mnie wyzwanie większe niż gdybym miała porzucić picie kawy. A wszyscy tu zgromadzeni wiemy, jaką kawoholiczką jestem (wiemy z TEGO POSTA). Mniej więcej na początku roku przestałam jeść cukry proste w różnych postaciach – kupne słodkości, domowe wypieki, wszystko, co ma białą mąkę… Nie znaczy to, że całkowcie odmawiam sobie tego, co naprawdę lubię, jeśli mam na to wielką ochotę. Moim gulity pleasure jest McFlurry, a jak są upały to nie umiem mu się oprzeć.

Jeden niezdrowy posiłek nie sprawi, że od razu skasujesz swoje wszystkie dotychczasowe sukcesy, tak samo jak jeden zdrowy posiłek nie sprawi, że od razu będziesz zdrowa. To ostatnio moje ulubione powiedzenie. Pracuję ciężko nad tym, aby nie dać się skusić zachciankom hormonalnym lub nie zjeść kostki (no dobra, tabliczki) czekolady na chandrę. Jednak na tydzień przed okresem zamieniam się w odkurzacz i okazuje się, że mój żołądek to czarna dziura, która pochłonie wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Ale to żadne wytłumaczenie. Chcę być coraz silniejsza – głównie psychicznie. Chcę panować nad swoim ciałem i emocjami, a nie zajadać je i nie próbować zmierzyć się z własnym problemem. Oczywiście, tzw. comfort food, czyli jedzenie, które daje mi dużo przyjemności i sprawia, że od razu czuję się błogo i bezpiecznie, zawsze poprawi humor. I nie mam co go sobie odmawiać, jeśli naprawdę czuję taką potrzebę. Ale! Raz na jakiś czas. Nie chcę, żeby to stawało się moją wymówką. I gdy już zjem coś, co jest niezdrowe, nigdy się o to nie katuję. Nie oskarżam się, nie dołuję się – kompletnie się tym nie przejmuję. Bo raz na jakiś czas nie sprawi mi większej różnicy, a da trochę przyjemności.

Wiem, że cukier nie jest dla mnie dobry i łatwo jest się od niego uzależnić. Jest wszędzie, w każdym produkcie, tylko pod różnymi nazwami – syrop glukozowo-fruktozowy, cukier trzcinowy, brązowy, melasa i wiele innych… Gdy raz się zacznie, kubki smakowe szybko się przyzwyczają i chcą tylko więcej, więcej, więcej… Dlatego tak ważne jest czytanie etykiet, o czym albo wciąż jeszcze mało ludzi pamięta/wie, albo są na to zbyt leniwi. Ale w dobie aplikacji komórkowych, które ułatwiają każdy aspekt życia, aż trudno znajdować ciągłe wymówki, żeby kupować niezdrowe produkty. Wśród tych aplikacji są: Zdrowe Zakupy czy e-food. Dzięki nim możemy zeskanować kod kreskowy produktu, bez dokładnego czytania składu i doszukiwania się w internecie, czy na pewno olej palmowy jest szkodliwy, czy nie (dla wyjaśnienia – tak, jest szkodliwy). Nie musimy tego wiedzieć, może zrobić to za nas aplikacja, jeśli sprawia nam trudność doczytanie samemu. Bo i po co mleko kokosowe ma mieć ponad 10 składników, skoro powinno mieć dwa (ekstrakt z kokosa i woda)? Krótki skład powinien być naszym głównym wyznacznikiem przy robieniu zakupów.

Self-care w kuchni

Już od kilku lat gotuję regularnie, chociaż tego nie lubię. Nie sprawia mi to przyjemności, nie odpręża mnie. Ale gotuję, bo muszę. Ponieważ wiem, że w ten sposób zaoszczędzę pieniądze i tak będzie zdrowiej. Zdrowe jedzenie, przygotowane na bazie dużej ilości warzyw, odżywia moje ciało. I gotowanie dla niego jest wyrazem miłości do samej siebie, Wiem, że o siebie dbam, wiem, czego potrzebuję (a nie tylko “chcę”!), słucham mojego organizmu. Jak jestem w kuchni, to nic nie sprawia memu oku większej przyjemności, niż widok blachy pełnej upieczonych warzyw. No, chyba że czysta kuchnia.

Po detoksie od cukru i tłustych serów jedna pizza jest teraz dla mnie męczarnią – już po kilku godzinach od zjedzenia. Jedzenie, które kiedyś jadałam, wciąż mi smakuje, jest nawet czymś wyjątkowym, ponieważ nie jest jedzone za często – pizza, makarony, białe pieczywo, wszelkiego rodzaju słodycze, sery. Ale nie czuję się po nim dobrze – jest mi ciężko, ospale, gorzej mi się śpi, nie mam energii.

Dążę do tego, że jedzenie nie powinno być naszą obsesją. W świecie, w którym promowany jest zdrowy tryb życia, a mimo wszystko półki sklepowe zarzucane są produktami pełnymi chemii, bardzo łatwo jest zwariować. Ale skupianie się na liczeniu kalorii, zawartości cukru i tłuszczu tylko sprawia, że każdy posiłek kojarzyć będzie się nam ze stresem: czy za dużo zjadłam? czy przekroczyłam próg kalorii? czy spożyłam za dużo cukru? I w ten sposób tworzymy sobie w głowach wieczny szum, który pojawia się przy każdej zjedzonej przez nas rzeczy, a nawet w momentach, gdy nie jemy niczego. “Mam ochotę na lody… ale muszę schudnąć… Nie powinnam sobie tak pozwalać”. Karcenie się, negatywne myśli powstają właśnie z obsesji nad jedzeniem i wyglądem. Zamiast myśleć o jedzeniu w kategorii paliwa dla ciała, myślimy o nim jak o wrogu, zakazanym owocu, karze i nagrodzie. Od takich myśli mogą powstawać stany depresyjne, zaburzenia odżywiania, nerwica… Zjedzenie pizzy raz na jakiś czas nie jest końcem świata! Od kiedy zaczęłam stosować balans i zdrowe – nomen omen – podejście do odżywiania, zmniejszyła się ilość dołujących mnie myśli. Od kiedy mam świadomość, co spożywam, czym się karmię, częściej chcę jeść zdrowo i świeżo. Dokładnie obserwuję swoje ciało i unikam tego, co mu szkodzi. Nie znaczy to jednak, że odmawiam sobie wszystkiego, co może być niezdrowe. W końcu jedzenie może być ucztą dla ciała i zmysłów.

Komentarze: brak

Dołącz się: zostaw komentarz