Pushing boundaries

kuchnia-5

Jakiś czas temu miałam dłuższą przerwę w bieganiu. W okresie świątecznym, w grudniu, odpuściłam to sobie zupełnie, bo nie miałam siły i czasu na nic. Czułam się, jakby każda moja wolna chwila zajęta była przez pracę.

Ale w końcu poszłam biegać. Pamiętam, że biegało mi się tragicznie. Każdy, kto idzie na jogging, doświadcza tych dni – raz jest lepiej, raz jest gorzej. Raz espresso wypite przed wyjściem sprawia, że z chęcią byś przebiegła cały dystans sprintem jak na skrzydłach. A innym razem jest tak beznadziejnie, że masz ochotę zawrócić po 3 minutach od wyjścia z domu i nawet wiadro kawy nie pomoże. Ale biegniesz dalej. Już wyszłaś z domu, rozgrzałaś się, jesteś fajnie ubrana, a do tego bieganie ma być jeszcze z benefitem dla zdrowia. No więc tak trochę głupio się zawrócić, szczególnie jeśli widział cię przed chwilą sąsiad.

I biegniesz dalej. I słuchasz podcastu, i jest ci niedobrze, i jest ci zimno, ale później to już w sumie gorąco. I jeszcze zaczyna padać deszcz i wiać wiatr, bo najwyraźniej cały świat jest przeciwko tobie i daje ci znać, że masz zawrócić. I ledwo oddychasz, ale wmawiasz sobie – “Tak ma być. Jeśli zdycham, to znaczy, że trening działa.”.

Aż przychodzi moment ostatniej prostej, gdy zostało ci kilka minut do końca treningu, który zazwyczaj robisz. I w sumie to dobrze ci się biegnie. Oddech się uregulował, nogi się przyzwyczaiły do wysiłku, pół godzinki jednak jest wystarczające.

Tak było tamtego dnia. I w momencie, w którym zazwyczaj kończę trening, nastąpił przełom. Gdy miałam już wracać do domu, zmusiłam się do jeszcze jednego okrążenia, do wydłużenia swojej trasy. I wiesz co? Czułam się z tym zajebiście. Ale nie pod względem fizycznym, bo dla moich mięśni kilka minut dłuższego treningu nie miało znaczenia.

Czułam się lepiej z samą sobą. Przesunęłam swoją granicę, którą myślałam, że mam, a którą tak naprawdę tylko sama sobie stawiałam. Podniosłam sobie poprzeczkę, bo chciałam, nikt mnie do tego nie zmusił. W tym momencie stałam się silniejsza psychicznie, bo nie dałam się zwieść negatywnym myślom, lenistwu i braku wiary we własne możliwości.

Potraktowałam to jako metaforę dla wszystkiego, co robię i co mam w planach zrobić. Chcę posuwać się do granic swoich możliwości. Co więcej, chcę przechodzić dalej, poza te granice. Jeśli myślę, że natrafiłam na ścianę, chcę ją przesunąć jakby była z kartongipsu, a nie cegły. Tanie porównanie, ale w tym przypadku działa.

Zmierzam do tego, że praca nad sobą jest aktualnie dla mnie bardzo ważna. Czasem stawiam samej sobie granice, których myślę, że nie potrafię przekroczyć, co jest po prostu bzdurą. Każda z nas może i powinna próbować pokonać własne słabości.

 

Komentarze: brak

Dołącz się: zostaw komentarz