W obronie seriali

31

Od kilku dni w Trójmieście pogoda jest na tyle ponura, że po powrocie z pracy nie pozostaje nic innego, jak usiąść przed komputerem i oglądać seriale.

2

Podczas studiów polonistycznych spotkałam się ze stwierdzeniami, że oglądanie seriali jest wyrazem braku kultury i przez niektóre koleżanki było widziane jako ogromny brak wykształcenia. To te same koleżanki, które dziś maniakalnie oglądają „House of Cards” odcinek za odcinkiem.

Jak po raz pierwszy usłyszałam taką opinię, byłam zszokowana i lekko zażenowana swoim zachowaniem. Ja, wielbicielka seriali, wyznawczyni „Przyjaciół”, z listą programów, zawieszoną nad biurkiem, z podziałem na dni tygodnia – czy faktycznie tylko się nimi ogłupiam? Ale zaraz potem pomyślałam – ach, nie, przecież to opinia człowieka, który obejrzał jeden odcinek „Przyjaciół”.

Być może seriale komediowe nie zawierają historii najwyższych lotów. Czasami może się wydawać, że ludzie, którzy je oglądają, próbują załatać dziurę w swoim życiu, żyjąc błahymi problemami innych. Tak naprawdę jest jeden ważny powód, dla którego się je ogląda – rozrywka. Po naprawdę trudnym dniu, kłótniach z szefem i ucieczce tramwaju sprzed nosa, człowiek potrzebuje odstresowania. Przy ośmiogodzinnym wysiłku intelektualnym przydaje się chwila wytchnienia przed ekranem. Ale dlaczego „Przyjaciele” śmieszą i zdobyli aż taką popularność (do teraz uważam, że jest to serial, który należy stawiać jako wzór dla innych programów)? Ponieważ są życiowi. Wszystkie sytuacje, które zdarzyły się bohaterom „Przyjaciół”, przytrafiły się również mi lub moim znajomym w tej czy innej wersji. Udało im się przebić, bo z taką łatwością można odnieść przedstawione zdarzenia do własnego życia.

Seriale dramatyczne, takie jak „Breaking Bad” lub „Parenthood” mają jeszcze kilka ważnych zalet, które przemawiają za ich wysoką jakością. Jednym z nich jest rewelacyjna reżyseria – zarówno w pierwszym, jak i w drugim. Zastosowane ujęcia często były w nich na poziomie porządnych filmów z wielkiego ekranu. W „BB” niejednokrotnie nawiązywały do wcześniejszych odcinków lub niosły ze sobą ukryte znaczenie. Z kolei w „Parenthood” strosowana reżyseria podkreślała tylko charakter rodzinnej atmosfery – drgająca kamera, która próbuje złapać twarze osób, mówiących w tym samym momencie. Jednak w serialu najważniejszym elementem zawsze będzie bohater. Walter White, którego przemianę z ciepłego, cichego męża w psychologicznego giganta, prawie potwora obserwujemy ze ściskiem żołądka. Hannę Horvath z „GIRLS”, której dziecinne i żenujące podejście do życia pozwala nam zgłębić tajniki życia młodej kobiety w Nowym Jorku. Co się okazuje, wiele sytuacji, mających miejsce w serialu, można spokojnie odnieść do własnego życia. Trudno zatem stwierdzić, że wszystkie seriale obniżają nasz poziom, gdy w rzeczywistości jest wprost inaczej i możemy się o nich dowiedzieć wiele o samych sobie.

 

Komentarze: brak

Dołącz się: zostaw komentarz